Na tej stronie znajdą Państwo prezentacje projektów dyplomowych uczestników rocznego kursu w Akademii Scenariopisarstwa w StoryLab.pro 2021-2022.
Na całość prezentacji projektu składają się cztery elementy: video-pitch, one-pager, pytania i odpowiedzi do projektu zadane podczas pitchingu, nagranie pierwszego czytania przez aktorów wybranej sceny ze scenariusza.
Prawa autorskie do projektów należą całkowicie do autorów.
Dane kontaktowe do autorów znajdują się w one-pagerach.
Ewentualne pytania można kierować do StoryLab.pro
Andrzej Gorgoń – a.gorgon@storylab.pro – +48 602 313 217
Pracuję w dużej korporacji medialnej, ale relacje z moim szefem są bardzo dobre, bardzo go lubię, on mnie bardzo ceni. Ale miałem różnych szefów, złych lub dobrych. Jeden był szczególnie zły, potrafił tylko niszczyć i upokarzać ludzi i brać pieniądze. Ale już nie żyje.
Przeglądałem kiedyś Youtube w poszukiwaniu inspiracji i natrafiłem na filmik „Top 10 najgorszych antagonistów w anime”. Pierwsze miejsce zajmował czarny charakter z serialu „Monster” na podstawie mangi Naokiego Urasawy, Człowiek ten, jak mówił narrator filmiku, zabił zawistnych przełożonych głównego bohatera, dzięki czemu jego kariera rozwinęła skrzydła.
Seryjny morderca zabijający złych szefów, żeby ich podwładni mogli się rozwinąć, ciekawy pomysł – pomyślałem.
Po obejrzeniu anime okazało się, że to nie było do końca tak. Antagonista miał inne motywacje, inne cele, a zawistni szefowie głównego bohatera zginęli z zupełnie innego powodu. Ale wizja mordercy złych szefów pozostała już w mojej głowie.
„Reformator” początkowo powstał jako książka. Bardzo długa, ale też pisząc ją miałem w głowie myśl, że w przyszłości mógłby z niej powstać serial. Książka ostatecznie nie ukazała się, miała sporo niedoskonałości, które czyniły ją niewydawaną. Uznałem jednak, że nie mogę tego tak zostawić, ponieważ historia w niej opisana jest po prostu warta opowiedzenia. Dlatego zapisałem się na kurs scenariopisarstwa w Story Lab Pro, na którym udało mi się tę opowieść znacznie udoskonalić.
Zainteresowanie rolą Zoi wyraziła Tamara Arciuch, z którą pracowałam przy moim ostatnim filmie, krótkometrażowym Gra w Cykora.
Projekt był prezentowany na kilkudziesięciu festiwalach filmowych krajowych i międzynarodowych. Zdobył kilka nagród: Accolodate Winner w Honolulu, Best Drama Short w Kalkucie Best First Time Filmmaker – Queen w Palm Springs i w Las Vegas.
Z Tamarą pracowało mi się wspaniale, a ona sama jest dojrzałą kobietą i aktorką. Postać Zoi jest wielowymiarowa i potrzebna jest tu właśnie aktorka, której uwierzymy, że jest szalona, a jednocześnie będzie od niej biła miłość macierzyńska. Tamara z pewnością odnalazłaby się w tej roli.
Świat głównej bohaterki Zoi jest zbudowany na styku realności i wizji sennej. Zastosowany oniryzm jest zaproszeniem widza do uruchomienia innego – najgłębszego wymiaru odczuwania, a jednocześnie jest buntem Zoi, wyrażonym w wymiarze podświadomym. Przecież warstwa poetycka to jest to, co nas spowija i kształtuje nasze życie duchowe. Oczywiście, mam świadomość tego, że należy z tym bardzo uważać, by nie zwiódł i nie stał się mielizną intelektualną, czy estetycznym kiczem, ale stawka jest ogromna, a jest nią magia kina, magia Szklanego Pokoju.
Dzieci mają niebywałą umiejętność obnażania prawdy. Robią to z lekkością, rozbrajającą szczerością i często podświadomie. Taka jest właśnie 6-letnia Ola, córka Zoi i Alka, która swoim zachowaniem demaskuje prawdę, charaktery i kompleksy rodziców.
Potrafi zapytać: Mamo… a dlaczego czasami wyglądasz ładnie, a czasami tak jak teraz? To są sytuacje, gdy np.: Początkowo Zoja lubi nosić stroje inspirowane mundurami, uniformami.
Na imprezie z okazji zakończenia przez Zoję realizacji nowego wystroju wnętrza mieszkania, występuje w stroju à la stewardessa. Ola, widząc to, sama szybko przebiera się za błazna. Zauważa, że Alek – ojciec jest w zwykłym t-shircie i zarzuca mu czarny koc na plecy.
– Ooo będziesz czarodziejem…!!!
Ojciec zrzuca koc, bo nie lubi takich zabaw. Co Ola kwituje:
– No, to jesteś nikim.
Sama na co dzień żyję życiem zwykłej rodziny – wychowuję czwórkę dzieci. To moja codzienność. Mam sporo okazji aby obserwować ludzi – moich bliskich, ale też spoza rodziny. Zawsze fascynowały mnie rodzinne relacje i to jak ludzie pomimo najszczerszych chęci i dobrej woli potrafią siebie unieszczęśliwiać. Bo kierują nimi pewne przyzwyczajenia, nawyki, przekonania. A miłość w tym wszystkim potrafi zamieszać. Zmienić reguły gry. Ona niszczy i uzdrawia jednocześnie. Jej niekontrolowalność potrafi przezwyciężyć nawykowość.
Źródłem komizmu są zderzenia osobowości, okoliczności, sytuacji. Chciałam, żeby źródłem perypetii bohaterów, były ich własne decyzje. By wpadali do dołków, które sami wykopali. Zależało mi też na tym, żeby ta historia o relacjach była radosna, pełna nadziei, ciepła, ale też nie pozbawiona głębi. Wielką inspiracją były dla mnie filmy Richarda Curtisa.
Pisałam tę historię tak, żeby była możliwa do realizacji również w mikrobudżecie. Nie ma tam efektów specjalnych, wielkiej liczby lokacji. Jest kameralna. Jej siłą jest humor, rodzinna atmosfera, optymizm. Skończyłam pierwszy draft scenariusza nad którym pracowałam z nieocenionym konsultantem – Karolem Lemańskim. Otrzymałam też ogromne wsparcie od Renaty Gabryjelskiej, która była moją mentorką. Chętnie rozwijałabym dalej ten projekt z osobami, która również czuje podobny klimat.
historyczny / biograficzny / przygodowy
autorka: Katarzyna Zimoląg
Po ukończeniu polonistyki subiektywnie uważam, że Oświecenie jest najciekawszą epoką ever! Dodając do tego niechęć do Romantyzmu naturalnie pojawia się chęć zdetronizowania Mickiewicza, Słowackiego i Norwida. Oświecenie to nie tylko kokardki, peruki, rokokowe pierdoły i czas niebezpiecznych związków. To w Oświeceniu na masową skalę zaczyna się uwalniać umysły od przesądów i zabobonów, wolny rozum stale się rozwija. Czas pięknych manifestów, osobliwych idei zrealizowanych w literaturze, pierwszych teatrów, rozwoju czytelnictwa, podróży na masową skalę. I bach, w tej epoce, Jan Potocki nie może zrealizować swoich śmiałych politycznych i naukowych wizji. Choć ma nazwisko, na którego dźwięk powinny rozwijać się czerwone dywany, otwierać każde drzwi, Jan jako wizjoner jest ignorowany. Chciałam pokazać, że wizjonerzy niezależnie od epoki i pochodzenia zawsze mają pod górkę.
Latanie dokonanie niemożliwego, spełnienie największego pragnienia ludzkości poza byciem nieśmiertelnym. Lot balonem symbolizuje wszystkie dokonania Potockiego, który był człowiekiem, robiącym rzeczy niemożliwe w trzy dni z zamkniętymi oczami. Lot balonem symbolizuje oderwanie od zastanych schematów, od przekonania, że coś jest niemożliwe dla człowieka – najbardziej twórczej istoty na Ziemi. Wystarczy zadać odpowiednie pytania, nie bać się odpowiedzi, kreatywnie myśleć a taki lot jest możliwy dla każdego człowieka – choćby odbywał się tylko w wyobraźni. W końcu, gdy możemy sobie coś wyobrazić – możemy tego też dokonać, prawda?
Przeciwko zaściankowemu myśleniu. Gdy wraca do Rzeczpospolitej chce wywrócić zastany porządek do góry nogami – w biblijnym potopie widzi raczej katastrofę pogodową niż gniew boga, patriotyzm wyraża w poszukiwaniu i rekonstrukcji historii Słowian niż na pielęgnowaniu szlacheckich tradycji, edukuje swoją służbę zamiast pisać o traktaty o tym, że nieświadomy swojej historii lud chłopski nie poradzi sobie bez feudalnego porządku. Na pokład balonu zabiera Ibrahima, tureckiego przyjaciela, w Rzeczypospolitej uważanego za sługę, aby pokazać, że będzie w powietrzu podróżował z wiernym przyjacielem, mimo, że powinien na pokład balonu zaprosić raczej króla lub najzamożniejszego hrabiego.
Mój projekt przez pewien czas błądził bez tytułu – szukałem czegoś, co najlepiej odda jego thrillerowy, ponury, czy wręcz GROBOWY nastrój, ale też będzie proste, łatwe do zapamiętania, czy przetłumaczenia (gdyby projekt powędrował dalej w świat ;)). W końcu pojawił się „Tren”, który można rozumieć bardzo dosłownie – jako lament, pieśń żałobną, pożegnalną; pytanie tylko dla kogo ją ułożyłem – dla Janka, który zostaje ukrzyżowany, czy dla radykalnej idei, która się do tego przyczyniła, a którą finalnie „zabija” wioska? Dla mnie to też jest pewna gra skojarzeń – treny powstały już w antyku, a jednak gdyby patrzeć na nie przez pryzmat naszej, polskiej kultury, to kojarzą się bardzo jednoznacznie z pieśniami Kochanowskiego, odbiegającymi od pierwotnych założeń gatunku. To mnie „kupiło” w tym tytule, bo przecież o specyficznej, lokalnej interpretacji tego, co znane na całym świecie, jest ta historia. Mój „Tren” budzi skojarzenia z pracami Kochanowskiego, ale myślę, że jest do nich na tyle podobny charakterem – mieszanką folkloru i religijności – że tytuł ten fajnie rezonuje z moim projektem.
Oczywiście jest ich kilka – pierwszy związany w ogóle z motywem przyjazdu na odludzie, do zamkniętej społeczności, która przygotowała dla protagonistów bardzo niemiłą niespodziankę – „Uciekaj” Jordana Peela, który także porusza ważny, społeczny temat. Podobne motywy pojawiają się też zresztą w „Midsommar” Ariego Astera, choć folklor w moim projekcie przybiera bardziej subtelny wymiar, wynikający z miejsca akcji „Trenu” – współczesnej polskiej wsi. Przez to, jak obrazuję tę wiejską społeczność, można porównywać mój scenariusz do „Bożego ciała” Jana Komasy. Z kolei jeśli chodzi o biblizmy, które budują napięcia i całą intrygę, przywodzą mi na myśl klimat „mother!” Darrena Aronofsky’ego oraz film „Córka boga” Małgorzaty Szumowskiej. Staram się odwoływać głównie do thrillerów, bo nastrój, który towarzyszy tym filmom jest podobny do tego w „Trenie”. Wydaje mi się, że wyżej wymienione projekty najlepiej oddają ducha mojego scenariusza.
W one pagerze skupiam się głównie na konfliktach między Adamem i Jankiem, żebyśmy wiedzieli jak potoczy się ich relacja, ale tak naprawdę siła antagonistyczna leży gdzieś indziej. Tak naprawdę antagonistą tej historii jest ojciec Adama, który niegdyś wyrzucił go z domu, a teraz sprawuje urząd wójta i za główny cel postawił sobie umocnienie swoich wpływów w wiosce. Wykorzystuje więc znajomość z Proboszczem, który jak to często bywa, jest największym autorytetem tej małej, wiejskiej społeczności i który, jako człowiek z powołaniem, chce umacniać wiarę swoich parafian. Tworzą więc w dwójkę cały ten morderczy ceremoniał: Ojciec Adama poświęca swojego syna z pełną premedytacją, by zyskać jeszcze większe uznanie wśród społeczności (jako ten, który przyniósł im nowego zbawiciela), a Proboszcz, zaślepiony dosłownym traktowaniem Pisma, nie widzi żadnego problemu w poświęceniu niewinnego chłopaka, by tylko naprawić wiarę swojej wspólnoty.
Z uwagi na rolę tych postaci w „Trenie” odbyłem konsultacje z psycholożką, Małgorzatą Randzio, która pomogła mi zadbać o jak największy realizm psychologiczny. Obaj Ci bohaterowie to psychopatyczni mężczyźni – ojciec Adama jest narcyzem, który promuje siłę, władzę i w konsekwencji przemoc, jako główne atrybuty osobowościowe; Proboszcz z kolei myli symbol z konkretem i głęboko przerażony zmieniającym się światem, nowością i różnorodnością używa religii do obrony przed nimi. Opisy tych postaci są bardzo rozbudowane i nie starczy mi czasu na dokładne przedstawienie ich, ale zapraszam do kontaktu, a na pewno rozjaśnię ich backstory, wszystkie cele i motywacje!
animowany serial science fiction dla dorosłych
autor: Dawid Wiktorowski
Na takim ogólnym, powiedzmy górnolotnym poziomie – z hipokryzji, uprzedzeń kulturowych, z tego, że nasze emocje są dla nas ważniejsze od faktów i ze współczesnej plemienności, która każe nam wybierać stronę w publicznych dyskusjach i dzieli na tych, którzy zawsze mają rację i tych, którzy zawsze są w błędzie.
A z konkretnych przykładów – między innymi dostanie się złym terapeutom, szefom, dla których mobbing jest ulubioną metodą zarządzania, mediom dla których popularność jest ważniejsza niż rzetelność i wielkim gwiazdom showbiznesu, które traktują się zbyt poważnie. Oczywiście, będzie tego dużo więcej. Dobrą referencją tego projektu jeśli chodzi o kreowanie komentarza społecznego jest serial South Park.
Nie jesteśmy warci ocalenia, ale nie zasługujemy na zniszczenie. Nie chciałem dawać jasnych odpowiedzi, według których jesteśmy źli bo robimy to i to, a dobrzy to robimy tamto. Wolę w zabawny sposób przedstawić różne absurdy i liczę na to, że widzowie wyciągną własne wnioski. Z resztą sąd nad ludzkością jest wykonywany przez kosmitów którym samym daleko do ideału, więc ich wnioski niekoniecznie są zgodne z prawdą.
W każdym razie: Federacja Galaktyczna ostatecznie zdecyduje zniszczyć Ziemię, Kelvin sprawi, że ludzie dowiedzą się o istnieniu kosmitów, więc według galaktycznego prawa zyskali nowy poziom świadomości i Federacja nie może tak po prostu ich zniszczyć samym wciśnięciem guzika. A co z tym zrobi Federacja, i co zrobią ludzie z nową wiedzą – to odpowiedzi, które padną w drugim sezonie.
Jest ich całkiem sporo, lubię wszystkie, ale wymienię kilka swoich ulubionych.
Poznamy Viviego, nieśmiałego, wycofanego studenta na praktykach, który okaże się dezerterem z wysoko zmilitaryzowanej, totalitarnej planety. W swoim czasie totalitarny reżim się o niego upomni.
Spotkamy Gunthera, który prowadzi podróżniczy program w kosmicznej telewizji. Jego największą miłością jest… on sam. kocha też sławę i pieniądze i będzie musiał wybrać, co z tych dwóch jest ważniejsze. Jes luźno zainspirowany pewnym polskim podróżnikiem który nie lubi butów.
Pojawi się też Frank, stary hipis który prowadzi wypożyczalnie kaset wideo (którą Kelvin, jako fan ziemskiej popkultury, traktuje jak świątynię) i wynajmuje kosmitom piwnicę w której operuje stacja badawcza. Robi to od lat 70-tych więc kosmici od dawna nie robią na nim wrażenia. Z wypożyczalni już nikt nie korzysta, a Frank żyje z czynszu od kosmitów, całe dnie ogląda filmy, objada się pizzą i z nudów wtrąca się w badania Kelvina.
Poznamy też Księgową, trzecioplanową postać która rzadko wpływa na akcję, ale często ją komentuje. Jest zainspirowana pewnym gatunkiem ryby z Ameryki Południowej. Księgowa (czy Księgowy) zmienia płeć w ułamku sekundy w zależności od tego, kto jest akurat w pomieszczeniu – po to, by wyrównać proporcje samców do samic w populacji. Pod postacią męską jest kompletnym mizoginem, a kobiecą – mizoandrystką, a jej (lub jego) szowinizm jest unikalny, bo doskonale zna jedną i drugą perspektywę.
komediodramat o dojrzewaniu i przemycie w rytmie hip-hopu
autor: Grzegorz Szymanik
Fabuła „Dymu” dzieje się 20 lat temu, kiedy kształtował się polski hip-hop i kultura blokowisk. W małym miasteczku, gdzie jest wielkie bezrobocie i jeszcze większe marzenia. Bohaterowie słuchają więc hip-hopu i rozmawiają o hip-hopie. A jeden z nich, Mikołaj nazywany „Gollumem”, chce nawet zostać raperem. Co jest o tyle trudne, że jest piątkowym uczniem i na co dzień jest gnębiony przez dresiarzy, więc trudno mu zdobyć szacunek ulicy, choć ostatecznie mu się to udaje. W historii jest też sporo akcji, ma więc szybki hip-hopowy rytm. A podobnie hip-hopowi storytellerzy chcę opowiadać prawdy o życiu i świecie w prosty, lekki sposób, a także nie cenzuruję za bardzo języka bohaterów.
Na początku historii Pecet jest pogrążonym w marzeniach i izolującym się od świata nastolatkiem. Będzie musiał nauczyć się działać, tworzyć relacje. Zmierzy się także z cieniem własnego ojca, który również jest drobnym oszustem. Dorastanie Peceta będzie wiodło krętą drogą. Kiedy zostanie królem szmuglu, stanie się zachłanny oraz ogarnięty poczuciem młodzieńczej wszechmocy. To sprawi, że wszystko jeszcze bardziej będzie się komplikować. Będzie ścigany przez ormiańską mafię i policję, w końcu zostawi o też dziewczyna, dla której zajął się przemytem papierosów. W końcu jednak nauczy się brać odpowiedzialność za swoje życie i decyzje i ponieść i konsekwencje.
Dorastać będą także pozostali bohaterowie. Zamknięta emocjonalnie Baśka, która prowadzi wypożyczalnię DVD nauczy się zdejmować swój pancerz, a postrach osiedla, dresiarz Adam „Kiwi” założy rodzinę.
Wszyscy natomiast nauczą się, że nie warto chodzić drogami na skróty.
Lew Tołstoj dał kiedyś taką radę młodemu człowiekowi, który spytał go o to, jak zostać pisarzem: otwórz drzwi, pójdź na 10 lat w Rosję, a potem wróć, siądź do biurka i pisz. Mi takich rad nikt nie dawał i na pewno nie zrobiłem tego świadomie, ale – choć zawsze chciałem pisać własne historie – 15 lat temu otworzyłem drzwi i najpierw wyruszyłem w świat, żeby go poznać. To znaczy: zostałem reporterem. Pisałem reportaże miejskie, społeczne, śledcze, polityczne, human stories, teksty o związkach i interwencyjne.
Rozmawiałem z milionerami i bezdomnymi, rewolucjonistami, kibicami, anarchistami. Relacjonowałem konflikty w Syrii i w Donbasie oraz robiłem reportaże wcieleniowe. Poznałem wielu ciekawych bohaterów oraz znalazłem zalążki świetnych historii, które – podobnie jak „Dym” – chciałbym rozwijać w scenariuszach.
Niedrogo. To znaczy, wprowadzam sceny, które są odrealnione, ale nie dzięki kosztownym technologiom, lecz poprzez ich dramaturgię i sposób realizacji już na planie zdjęciowym. W „Świcie” istotną rolę odgrywa światło. Dla Elżbiety to co przykre przykrywa ciemność, to co sprawia jej przyjemność tonie w promieniach światła.
Integralną częścią tej historii są sny, a sny to czysty realizm magiczny. Rzadko śnimy w wysoko rozwiniętej technologii, raczej budzimy się z przekonaniem, że sceny były dziwne, ale nie niemożliwe. Przykładowo w „Świcie” pojawiają się sceny, w których kruki dziobią w klawiaturę, światła na skrzyżowaniu migają w rytm muzyki, bohaterka tańczy w kościele do dynamicznej, punkowej muzyki, którą tylko ona słyszy, a wierni zupełnie nie zwracają na dziko tańczącą postać uwagi, smętnie zawodzą kolędę o radosnej treści.
Jednocześnie, nie chcę, żeby widz miał podejrzenie, że scenariusz pisał pijany scenarzysta lub, że pojawiła się przebitka z innego filmu. Oniryzm będzie realistyczny, a raczej surrealistyczny.
Bohaterką „Świtu” jest kobieta w moim wieku. I to nas łączy. Mogę sobie grzebać we własnych emocjach, odbijać się od nich. Poza tym okolice 50-ątki, to bardzo ciekawy moment w życiu kobiety. Tak się powszechnie uważa. A ja się zastanawiam, czy tak jest na pewno. Owszem, z uwagi na tzw. dorosłość, poukładanie życiowe, w pewien sposób na nowo przyglądamy się światu, i sobie. Mówi się, ze jesteśmy silniejsze, dzięki zgromadzonemu doświadczeniu. Ale różnie z tym bywa. Może się przytrafić coś, co nas przygniecie. Syn Elżbiety ulega wypadkowi. Ona sobie z tym nie radzi. Albo radzi po swojemu – uciekając w fantazję. Bo tę zasłyszaną historię miłosną z elementami realizmu magicznego wykorzystuję przede wszystkim, aby opowiedzieć sposobie wychodzeniu z żałoby, która to myśl pojawiła się podczas konsultacji z moim mentorem Jarkiem Kupściem, za co jestem mu bardzo wdzięczna.
Otóż, okaże się , że syn Elżbiety nie spał. Syn Elżbiety nie przeżył wypadku. Elżbieta wykreowała świat iluzji, w który ucieka, aby uporać się z bólem po starcie syna. Jednocześnie, spotyka chłopaka, który jest w wieku jej syna. Przypadek? Nie sądzę. Poza tym, brakuje jej bliskości ze strony męża…W nagraniu na początku naszego spotkania padło pytanie: czy ten romans był jej potrzebny? Moim zdaniem – był nieunikniony. Elżbieta w końcu budzi się ze swojego snu. Wraca do rzeczywistości. Dowiadujemy się jak jest. I okaże się, że potrafi dalej żyć. Trochę ze zdziwieniem dla niej samej. Odzyskała siły. Ten romans jej w tym pomógł. A poza tym na świat przychodzi jej wnuk. W tym samym szpitalu. Ta magiczna historia o żałobie dość mocno we mnie buzuje. Chcę, żeby była w niej nadzieja, nadzieja, której wiele osób w żałobie po stracie dziecka poszukuje również w kinie.
Stalking jest tylko pretekstem do przyjrzenia się bliżej relacji sprawca – ofiara. Jednak z racji tego, że jest to temat poważny i trudny, postanowiłam odjąć ciężaru tej historii, stosując formułę thrillera. Środki wyrazu jakimi operuje thriller dają widzowi namiastkę tego, co przeżywają osoby nękane: nieustanne poczucie zagrożenia, osamotnienie, poczucie bycia obserwowanym, śledzonym, szantażowanym. Formuła manipulacyjnej gry, w jaką stalker wciąga swoją ofiarę posłużyła do stworzenia struktury opowieści i postaci antagonisty, ekscentrycznego dewelopera, a zainspirowały mnie do tego badania psychiatry Erica Berne’a nad grami międzyludzkimi i stworzona przez niego analiza transakcyjna. Postać Adama- antagonisty, który jest mentorem dla głównej bohaterki kształtowana jest na wzór Hannibala Lectera z Milczenia owiec i Johna Miltona z filmu Adwokat diabła.
Spotkania z psychologami, prawnikiem i policjantem dały mi dużo merytorycznej wiedzy – jak działają stalkerzy, jak reagują osoby poszkodowane, jakie błędy popełniają, gdzie zawodzi wymiar sprawiedliwości. Możliwość pogłębienia psychologicznego moich bohaterów dały mi spotkania z kobietami dotkniętymi stalkingiem. Ich bardzo szczere i pełne szczegółów zwierzenia pozwoliły mi wniknąć w temat relacji sprawca ofiara, prześledzić ich więź, która odbywa się na poziomie podświadomym.
Marta, bohaterka Follow musi na poziomie podstawowym zmierzyć się z lękiem, osaczeniem i przyjąć nowe zasady gry, które narzuca jej stalker. Jednak on zjawił się w jej życiu z konkretną misją, aby odrzeć Martę z resztek iluzji na temat jej nieudanego związku. Adam kieruje uwagę Marty na to, co dla niej niewygodne, wydobywa na powierzchnię to, co ukryte, by poznała prawdę. Jednocześnie Adam nieustannie przekracza granice Marty, testując ile ciosów wytrzyma i cierpliwie czeka, aż w Marcie zrodzi się gniew i wściekłość, która da jej siłę do podjęcia gry. Marta musi w spotkaniu z Adamem nauczyć się wyznaczać granice. Okazuje się również, że uczeń przerasta mistrza. Marta jednak nie wykorzystuje nauk, które zdobyła do zemsty, ale do pomocy innym osobom poszkodowanym przez Adama.
Moja debiutancka książka „Masz nową parę!” ukazała się w listopadzie zeszłego roku, a w lutym została numerem jeden sprzedaży Empiku w kategorii książek erotyczno-obyczajowych. Mój debiut został zauważony przez media, gościłam z książką w Dzień Dobry TVN, Co za Tydzień, Chilli Zet, Radio 357, pisano o niej w licznych publikacjach i na portalach. Dostałam też ogromny odzew ze strony kobiet, które pisały do mnie, że ta książka pozwoliła im zrozumieć różne historie z ich życia.
Wydawca już dwa tygodnie po premierze poprosił mnie o napisanie kolejnej części przygód Olgi, co też zrobiłam. Moja druga książka „Szkoda czasu na niemiłość” ukaże się na dniach w księgarniach, a 20 czerwca zapraszam swój wieczór autorski, który rozpocznie promocję tej książki.
Przyznam się, że jeszcze miesiąc temu Olga miała lat 41 lat. Tak się jednak zdarzyło, że będąc na festiwalu Off Camera w Krakowie, poznałam znakomitą aktorkę Aleksandrę Konieczną. Ola pytała mnie o mój projekt i poprosiła o jego przesłanie. Po przeczytaniu scenariusza, Ola bardzo polubiła Olgę i zapragnęła ją zagrać. O ile zechcę dodać jej kilka wiosen. Byłam tym oczywiście zaszczycona, ale i zaskoczona. Oczywiście wiem, że to nie scenarzysta decyduje o obsadzie, ale pomysł wydał mi się wart przemyślenia. Rozmawiałam o nim zajęciach w StoryLab Pro, na spotkaniach ze swoją konsultantką Karoliną Warpachowicz i z mentorem Tomaszem Koneckim. Wszyscy uznaliśmy, że historia, którą opowiadam bardzo zyska na zmianie wieku protagonistki. Osobiście bardzo mocno poczułam, że ta starsza Olga jest bardziej moja. Chcę opowiedzieć o tym, że kobiety 50 plus mają ogromny apetyt na życie i na miłość. Taka historia przełamie schemat komedii romantycznej w Polsce, w której główna bohaterka zawsze jest piękna i młoda. A kobiet takich jak moja Olga jest pełno. One mają swoje dzieci i przyjaciół w różnym wieku. Wszyscy oni to potencjalni widzowie takiego filmu. Z pewnością znacie, i tak jak ja uwielbiacie, dojrzałe komedie romantyczne zza oceanu jak „To skomplikowane” czy „Lepiej późno niż później”. W polskich komediach romantycznych nie dano dotąd głosu tak dojrzałym bohaterkom. Czas to zmienić!
To znaczy, że kobiety 50 plus mają nie tylko wnuki i menopauzę, ale też uczucia i życie erotyczne. I ja chcę to życie erotyczne odważnie pokazać. Nie bójcie się, nie będzie pornografii. Będzie lekko pikantnie, ale smacznie. Najważniejsze, że będzie bez ściemy. Olga najpierw zatraci się w gorącym, bardzo namiętnym romansie, a gdy przeżyje zawód miłosny, rzuci się w wir erotycznych przygód. Będzie brała facetów tylko do łóżka, zaszaleje z egzotycznym, dwadzieścia lat młodszym kochankiem i w końcu dostanie przyrodzeniem striptizera po głowie. Dopiero wtedy się opamięta. Zszokowani? A teraz pomyślcie, ilu znacie mężczyzn, którzy w pewnym wieku tak właśnie żyją? No! To wyobraźcie sobie, że zdradzane czy porzucone przez nich żony nie chcą płakać w poduszkę i chodzić na roraty. Ich serca i piękne, choć już dalekie od doskonałości dojrzałe ciała, szukają bliskości. Chcę pokazać prawdziwe życie i różne odcienie relacji dojrzałych ludzi. Bo wiek czy status społeczny nie zabezpieczają przed popełnianiem głupot w imię miłości. A że historię Olgi będzie się oglądało z wypiekami na twarzy – tym lepiej!
Grzegorz wpada w pułapkę swojego wynalazku: gdy jego relacja z żoną się rozpada, kompensuje poczucie braku miłości technologią. Stara się wynaleźć jakieś cudowne rozwiązanie, zamiast zawalczyć o swój związek.
Grzegorz nie dostrzega na początku to że jego wynalazek czyni z miłości produkt. Neuromatch daje obietnicę, że ten dobrany partner będzie idealny, że od razu będzie super, że nie będziemy musieli się męczyć.
Przesłanie mojego projektu to takie starcie między dwoma wartościami: z jednej strony łatwość, optymalizacja, do której dąży nasz świat przez technologię, a z drugiej strony wysiłek i zmaganie.
Chcielibyśmy żeby było pięknie i łatwo, ale czasem to poprzez porażkę i upadek możemy się nauczyć dużo więcej, niż gdy trzymamy się kontrolowanych sytuacji i przekonania o własnej nieomylności.
Jest iluzją. To jest ta pułapka w którą wpada Grzegorz. Wydaje mi się że często zauraczając się nowymi partnerami w pewnym stopniu zakochujemy się we własnych wyobrażeniach na ich temat.
I tak jest z Marią. Maria jest influencerką, ma bloga, na którego trafia Grzegorz po ich pierwszym spotkaniu. Zarówno jej styl jak i jej wpisy mocno rezonują z wartościami Grzegorza.
Ale potem okazuje się, że z tej persony prawdziwe jest tylko jej ciało: to jak się ubiera, to jak wygląda jej mieszkanie, te jej myśli na blogu, są wykreowane przez marketingową korporację.
Maria żyje w zawieszeniu między dwoma osobościami.
Ta internetowa persona daje jej lajki, poczucie wartości, zainteresowanie. Z jednej strony widać w niej chęć wyzwolenia, ale tak naprawdę robi to tylko przez eskapizm. przez uciekanie w zmysłowe przyjemności. Maria też szybko uzależnia się od łączenia umysłów, traktując je jak kolejny narkotyk. Podobnie traktuje relacje: wchodzi w nie płytko, głównie by karmić swoją potrzebę bycia ważną, docenianą. W tej sposób postać Marii manifestuje konsumpcyjność na poziomie relacji.
Przez to że uczę jogi i interesuję się medytacją zarówno od praktycznej jak i naukowej strony, spotykam wielu ludzi którzy używają pewnej pseudoduchowości do budowania własnej wartości.
To mechanizm spiritual bypassing: medytacja i uważność mogą służyć do tego by unikać myślenia o problemach i dają poczucie bycia lepszym od innych.
Joga i mindfulness dostąpiły pewnej makdonaldyzacji. Dochodzi do tego, że wielkie korporacje jak google wysyłają swoich wypalonych pracowników na kursy uważności, żeby się naprawili. To prywatyzacja cierpienia: jak czujesz się źle, to musisz się naprawić medytacją, żeby być uśmiechnięty i uduchowiony. Stąd postać Grzegorza, który ucieka od emocji i od swojej traumy nie tylko poprzez technologię, ale też właśnie przez medytację.
Paul Simmons to amerykanin pełną gębą, to happy go lucky rockowiec, który kocha american dream. Niestety, imprezowe życie doprowadzi do momentu, kiedy jego zespół Bang!, zmęczony ciągłymi wybrykami rockowca, podziękuje mu po 30 latach za współpracę.
Gdy po kilku latach dowie się, że Bang! organizuje finałową trasę koncertową po Polsce, postanowi wykonać wielki gest i dołączyć do nich na własną rękę. Już na miejscu, zadowolony z siebie Simmons imprezuje jednak tak mocno, że nigdy nie dociera do kolegów z bandu – a trafia na śmietnik pod jedną z wiejskich szkół, gdzie znajdują go nasi bohaterowie. W czasie podróży Simmons skrzętnie ukrywa fakt, że nie należy już do Bang!. Gdy więc muzycy dotrą na festiwal i okaże się, że wcale nie mają zagwarantowanego występu, będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie: czy chcą wystąpić na tyle mocno, żeby zamknąć Bang! w garderobie i wedrzeć się na scenę?
Byłem konferansjerem na takich trasach przez kilka miesięcy. Serce mojej historii zabiło pierwszy raz właśnie podczas prowadzenia jednego z koncertów. Pani ze szkoły powiedziała, że niestety aula jest zajęta, bo przyjechał pan policjant opowiadać o swojej pracy, co oczywiście jest ciekawsze niż koncert muzyki poważnej, i że będziemy musieli wystąpić… na korytarzu. Mieliśmy więc czas na koncert do następnego dzwonka, czyli godzinny materiał musieliśmy zmieścić w 45 minut. Oczywiście, nie wyrobiliśmy się, i tak, gdy zabrzmiał dzwonek, zabraliśmy się do grania ostatniej pozycji – “We are the champions”. I wtedy zadziało się coś niesamowitego. Dzieciaki zaczęły wychodzić z klas, a te które spały na naszym koncercie obudziły się, i… wszyscy zaczęli się przysłuchiwać. Ktoś nagle zaczął śpiewać, zrobił się chór zafascynowanych dzieciaków śpiewających do akompaniamentu fortepianu, puzonu i skrzypiec. Było to jednocześnie inspirujące i śmieszne, bo jednak nadal byliśmy w wiejskiej szkole podstawowej. Jako konferansjer mogłem przyglądać się całej sytuacji z boku i pomyślałem sobie wtedy, że chcę to napisać.
Rola muzyki w tym filmie jest pogłębiająca. Stosunek bohaterów do muzyki, to ich stosunek do świata. Na przykład Michał zagłusza emocje płytą disco hits vol 2, Bożena posiada pokaźną kolekcję swojej własnej muzyki operowej i słucha jej namiętnie, a z kolei u Mariusza występuje cisza i posiada on tylko jeden utwór, do którego powraca w szczególnych momentach życia. Każdy z głównych bohaterów może zostać odczytany przez muzykę.. Muzyka jest integralną częścią tego filmu, ale nie jest to tylko muzyka klasyczna z koncertów. Chciałem pokazać różne oblicza muzyki i skorzystać z tego, że czasem piosenka może mówić więcej niż słowa.

Andrzej Gorgoń
Dyrektor Zarządzający
a.gorgon@storylab.pro
tel. 602 313 217