
Na tej stronie znajdą Państwo prezentacje projektów dyplomowych uczestników Akademii Scenariopisarstwa w StoryLab.pro 2019-2020, a także projektów rozwijanych w ramach programu developmentowego Akcelerator StoryLab.pro # Mikrobudżet (partnerem programu jest Krajowa Izba Producentów Audiowizualnych).
Na całość prezentacji projektu składają się cztery elementy: video-pitch, one-pager, pytania i odpowiedzi do projektu zadane podczas pitchingu oraz nagranie pierwszego czytania wybranej sceny ze scenariusza.
Prawa autorskie do projektów należą całkowicie do autorów.
Dane kontaktowe do autorów znajdują się w one-pagerach.
Ewentualne dodatkowe pytania można kierować do StoryLab.pro
Andrzej Gorgoń – a.gorgon@storylab.pro – +48 602 313 217
Posiadam streszczenie fabuły całego serialu, charakterystyki bohaterów, opisy wszystkich dwunastu odcinków – w każdym z nich główna bohaterka rozpracowuje jednego z podejrzanych mieszkańców osiedla. Ostatni epizod ma otwarte zakończenie dające przestrzeń na kontynuację serialu. Okazuje się w nim, że żab na osiedlu nigdy nie było, rechot do tej pory wydobywał się z ukrytych głośników. Kto wyłączył odgłosy płazów i dlaczego? To temat na kolejny sezon. Poza wymienionymi wcześniej elementami, mam także drugą wersję odcinka pilotowego.
Inspirowałem się przede wszystkim twórczością Martina McDonagha. Jest to zarówno scenarzysta i reżyser takich filmów jak „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”, „Siedmiu psychopatów”, czy „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”. Szczególne znaczenie miał ostatni z wymienionych, jego główna bohaterka Mildred stała się pierwowzorem dla Ostatniej Sprawiedliwej – protagonistki w moim projekcie. Od McDonagha czerpię przede wszystkim konwencję tj. łączenie groteskowości z powagą oraz odpowiednie posługiwanie się komizmem językowym.
Istotnym artystą, którego twórczość towarzyszyła mi podczas pisania był także Sławomir Mrożek. Wielokrotnie w swoim życiu powtórzyłem zdanie, że gdyby żył, to miałby pełne ręce roboty. Od niego podobnie jak od McDonagha, czerpałem komizm, absurd i poczucie humoru.
Jesteśmy spolaryzowani, podzieleni i żyjemy w konflikcie polsko-polskim. Pewnie już nic tego nie zmieni – a na pewno nie w najbliższym czasie. To bardzo mnie dotyka, gdyż powoduje to, że bliscy sobie ludzie pozostają skłóceni. Mam na to niezgodę, którą chciałem wyrazić w projekcie serialu, ale też pokazać absurd sytuacji, w której się znaleźliśmy.
Drugi powód, dla którego podjąłem się pisania serialu komediowego, to panujący w społeczeństwie polskim brak poczucia humoru. Mam wrażenie, że jesteśmy zbyt poważni
Pruski teoretyk wojny, Carl von Clausewitz zauważył, że wojna nie kończy się nigdy, że
ustają tylko działania zbrojne. Niektóre skutki działań wojennych są nieodwracalne, bo
przecież jak ktoś poległ, to się go już nie wskrzesi, ale niektóre z nich mogą służyć jako
znaki ostrzegawcze dla tych, którzy żyją w czasach pokoju, które von Clausewitz nazywa
okresem pomiędzy dwiema wojnami. Takim znakiem może być to, że blisko 80 lat po
wojnie potomkowie Rozalii, choć są z Podola, żyją na Śląsku, a potomkowie Astrid, choć
pochodzą ze Śląska, żyją w Nadrenii, ale odwrócenie obecnego stanu, choć przecież
możliwe, wiązałoby się z ponownym przeżywaniem tych samych traumatycznych przeżyć.
Pisząc historię Rozalii i Astrid miałem przed oczami twarze konkretnych aktorów. W rolę
Rozalii w mojej wyobraźni wcieliła się Martyna Witowska, aktorka Teatru Polskiego we
Wrocławiu. W związku z tym, że rzecz się działa w wyobraźni, aktorka bez mrugnięcia
zgodziła się przytyć kilka kilogramów. Jako Astrid wyobrażałem sobie Vicky Krieps,
luksemburską aktorkę znaną z głównej roli w sześciokrotnie nominowanym do Oscara
filmie „Nić widmo”, a którą ja znam z szorta pt. „Petter Patter Goes My Heart”, na który
trafiłem na kilku festiwalach.
Pierwowzorem postaci Rozalii jest moja babcia, która przeżyła deportację z Kresów, podróż
w towarowym wagonie i potem rok pod jednym dachem z niemiecką właścicielką swojego
nowego domu. Ja do dziś mieszkam w tym domu i na co dzień spotykam się ze śladami
tamtej historii. Mój dziadek do śmierci truł myszy łyżką ze swastyką, która do dziś znajduje
się w domu. Do teraz przed świętami dostajemy kartki świąteczne z Niemiec, a za czasów
moich dziadków, przychodziły czasami także listy. Wyrosłem w poczuciu chodzenia czyimiś
ścieżkami.
„Motyle” są inspirowane prawdziwą historią moich znajomych, udanego małżeństwa, którzy teraz się rozwodzą. Mąż mojej koleżanki w momencie choroby zaczął się leczyć w pokoju uzdrowień w kościele, wyzdrowiał, w jego mniemaniu nawet pokonał śmierć, ale utracił zdolność kochania ludzi. Ta historia zafascynowała mnie i postanowiłam oprzeć się na niej w moim scenariuszu. Dlatego poszłam do tego kościoła, na msze, do pokoju uzdrowień, poddałam się rytuałowi uzdrowień, nawet dostałam własnego przewodnika duchowego, z którym rozmawiałam – ale podkreślam – tylko w ramach researchu.
Inspiracją był dla mnie też sąsiad malarz, który maluje nowatorskie abstrakcje, używa do tego toksycznych sprayów i pracuje w specjalnej masce antysmogowej. Czerpałam też z innego sąsiada – aktora, który jest inteligentny jak sam diabeł, ma super poczucie humoru i trochę mroczną osobowość. Sąsiad malarz mieszka na czwartym piętrze, aktor na drugim, ja na trzecim.
Natomiast jeśli chodzi o filmy referencyjne, mogę wymienić m.in. „Przełamując fale” Larsa von Triera, „Słodkie życie” Federico Felliniego, „21 gramów” Alejandro Inarritu, „Czerwoną pustynię” Michelangelo Antonioniego, „Martha Marcy May Marlene” Seana Durkina, „Historię małżeńską” Noaha Baumacha, „Kształt rzeczy” Neila LaBute’a.
Główną osią filmu są iluzje. Każdy z moich bohaterów, nawet postaci drugoplanowe, żyje w swojej iluzji. Chciałam pokazać, że na bazie iluzji można zbudować całe swoje życie i nawet być w niej szczęśliwym. Dlatego jedni z moich bohaterów wychodzą z iluzji, inni nie.
Człowiek też może być iluzją przez to jak postrzega sam siebie i jak inni nas postrzegają. Motywem obiegowym „Motyli” są odbicia. Moi bohaterowie przeglądają się nie tylko w lustrach czy szybach, ale też w innych powierzchniach, np. lakierowanej szafce kuchennej, w której odbicie jest ledwo co widoczne, albo w krzywych, zaokrąglonych lustrach na przystankach autobusowych, w których człowiek wygląda trochę jak potwór, trochę jak obcy, ale nadal jest człowiekiem, z tym samym ciałem. Moi bohaterowie przeglądają się w różnych swych odbiciach w zależności od stanu emocjonalnego.
Podejmuję też temat iluzji wiary i iluzji Boga, to jak wiara wpływa na naszą bierność i sprawczość, w jaki sposób poddajemy się biernie temu, co nam się przytrafia vs w jaki sposób bierzemy odpowiedzialność za swoje życie i żyjemy w zgodzie w własnymi pragnieniami i potrzebami. Takie cele stawiam swoim bohaterom. A Wika i jej kreowanie iluzji innych ludzi jest dopełnieniem wątku Rafała, który musi zacząć sam tworzyć swoje prawdziwe życie.
Motyle na początku miały być motywem obiegowym w filmie, ale teraz pojawiają się tylko dwa razy, na początku i na końcu, i broń Boże nie są to prawdziwe latające motylki.
Motyle dla mnie idealnie symbolizują kruchość życia Rafała i kolorowe iluzje ludzi, które stwarza Wika.
serial, dramat społeczny z elementami gorzkiej komedii
autor: Szymon Lorenc
Zainspirowała mnie moja piętnastoletnia córka. Bardzo wcześnie wpadła na to, że szkoła specjalnie jej nie interesuje i tak naprawdę jest dla niej tylko stratą czasu. Mnie zajęło to niestety zdecydowanie dłużej. Niestety, bo to nie był dobry czas ani dla niej, ani dla nas rodziców. Przełomowym momentem było, gdy trafiłem na jej utajniony profil, w mediach
społecznościowych, z jej rysunkami. Oglądałem go, w tajemnicy, przez kilka dni i doszedłem do wniosku, że może faktycznie da sobie radę bez zasad tworzenia wiązań jonowych. Uważam, że
rodzice pilnując stopni swoich dzieci, kosztem ich pasji, robią im wielką krzywdę.
Ostatni brzeg, jako miejsce, jest inspirowany Szkolnym Ośrodkiem Sojoterapeutycznym. Jest to warszawskia szkoła, z początku lat
osiemdziesiątych, założona przez Jacka Jakubowskiego, z którym miałem okazję spotakć się szereg razy, na okoliczność pisania
tego scenariusza. SOS był adresowany do młodzieży, która miała problemy w życiu rodzinnym, wyrzucano ją z kolejnych szkoł.
Niejednokrotnie w tle były problemy z uzależnieniami od narkotyków. Obecnie placówek kontynuujących idee SOSu jest
kilka, ale Ostatni brzeg to miejsce fikcyjne. Przejąłem, niekojarzący się z liceum, wygląd szkoły, czyli rozpadający się budynek, przypominający punkowski squat oraz idee, które ze sobą niósł; Edukacja jest przereklamowana a najważniejsi są uczniowie, to czym naprawdę się interesują, to kim mogliby zostać gdyby im tylko pozwolono.
Tak jak wspomniałem, ukończyłem drugą wersję scenariusza pilota i mam napisany zarys pozostałych odcinków. Mentorką mojego
projektu jest pani Danuta Krasnohorska z HBO i dzięki jej bezcennym radom, skupiłem się na arenie czyli samej szkole. Jeżeli przyszłoby mi pisać drugi sezon, to chciałbym rozwinąć
temat zagrożeń, jakie dla nastolatków, niesie ze sobą internet. Od jakiegoś czasu zbieram materiały na temat rosyjskiego “Niebieskiego wieloryba”. Była to gra polegająca na internetowych, anonimowych zlecaniach, mająca ostatecznie doprowadzić graczy do samobójstwa. Internet mnie czasami
przeraża.
Pod koniec 2019 roku, znalazłam artykuł dotyczący nietypowego konkursu architektonicznego o tym właśnie tytule…
Konkurs polegał na stworzeniu wizji bezwyznaniowego cmentarza; cmentarza, który nie miał być jednak pomnikiem na cześć zmarłych, mauzoleum czy inną formą czci składanej tym, którzy odeszli, a miejscem refleksji nad życiem w obliczu śmierci.
Zachowałam ogłoszenie i choć sama nie zgłosiłam swojej wizji do konkursu architektonicznego, idea projektu nie
dawała mi spokoju, aż do momentu gdy przyszedł czas wyboru tematu pracy dyplomowej w StoryLab.pro.
Pomyślałam wtedy o napisaniu historii młodej architekt, która mierząc się z utratą wzroku, zastanawia się nad sensem dalszego istnienia.
Film równie dobrze mógłby nosić tytuł perspektywa, ale chciałam odejść od dosłowności.
Zawsze interesowała mnie psychologia relacji, a od kilku lat zgłębiam też tajniki psychobiologii , gdzie wpływ relacji z rodzicami na nasze życie zaczyna się już w okresie prenatalnym.
W ramach researchu do mojego scenariusza spotkałam się z dr Marzanną Radziszewską, ekspertką w dziedzinie psychobiologii, która jest też lekarzem medycyny konwencjonalnej. Podzieliła się ona ze mną wieloma, wręcz niesamowitymi, przypadkami ze swojej praktyki lekarskiej, gdzie konkretne przypadki chorób wskazywały na silne powiązanie z historią danej rodziny.
Trauma wcale nie musi być związana z przeżytą wojną czy doświadczeniem przemocy fizycznej w rodzinie…
Nieumiejętność wyrażania emocji wobec dziecka też może rodzić jego traumę, i to właśnie ma miejsce w opowiadanej przeze mnie historii.
Tak, jak wtedy, kiedy małe dzieci bawiąc się w chowanego zakrywają oczy i krzyczą – “szukaj mnie!”, moja bohaterka traci wzrok, niejako prosząc by ją zauważono.
Po pierwsze, w historii mamy dwójkę bohaterów, którzy są architektami – ojca i córkę, a więc dwa pokolenia i dwa różne spojrzenia na chociażby jedno zdarzenie z przeszłości, jakim była śmierć brata bliźniaka Marianny.
Pomyślałam, że tę część przeszłości rodziny, można by pokazać w formie krótkich animacji, korzystając z konkretnych technik rysunkowych. Wyobrażam sobie trzy takie animacje, w trzech kolejnych częściach filmu; miałoby to służyć, trochę jak przy rozwiązywaniu zagadki kryminalnej, odsłonięciu prawdziwego zajścia, co też, jak sądzę, zaskoczy widza…
Po wtóre, młoda architekt tracąc wzrok, ma problem z tzw. widzeniem peryferyjnym … Oznacza to, że widzi jedynie centralną część obrazu, podczas gdy jest on rozmyty, czy też zupełnie niewidoczny po bokach. Takie ujęcie perspektywy, w ciekawy sposób pozwala widzowi na oglądanie świata chorymi oczami Marianny.
Pasjonuje mnie również Film Noir i chętnie skorzystałabym z klasycznych ujęć perspektyw, czym zaznaczył się w kinie ten styl. Poszukuję kontaktu z Producentem i Reżyserem, których zainteresuje nie tylko sama historia, ale też mój sposób rysowania emocji obrazem.
Z wyglądu, Cień to niczym niewyróżniająca się jednostka. Mógłbyś iść ulicą i po niczym byś go nie rozpoznał. To mógłby być twój sąsiad. Taki z mrocznym sekretem.
W wyniku wypadku, jego mózg uległ uszkodzeniu. Podłączając się do nadajnika fal radiowych potrafi wedrzeć się do umysłu swojej ofiary i zmienić widziany przez nią obraz.
Najpierw jednak musi uzyskać kontakt z ofiarą i poznać jej „częstotliwość”. Następnie wraca do swojego mieszkania. Siada. Szuka „częstotliwości” swojej ofiary. Znajduje. Dostraja nadajnik. Wchodzi do umysłu ofiary.
Kiedy ktoś mu ulegnie i jest już kompletnie przerażony, Cień może wywołać nieodwracalną zmianę – samozniszczenie obszaru mózgu (sieci neuronowych) ofiary odpowiadającej za podejmowanie decyzji, w efekcie czego – pozbawić człowieka wolnej woli.
Ma “skromną” misję – chce oczyścić świat z niewrażliwych, pozbawionych empatii jednostek. Z równowagi może go wyprowadzić byle rzecz – może ta babka, która zawsze świadomie nie sprząta po psie przed jego domem. Szef – alfa, który znęca się w sklepie nad swoimi pracownicami. Korpo-szczur, który wyśmiewa kogoś, bo pochodzi z małej miejscowości. Te pijawki, które zrobią wszystko, aby ci się przypodobać, kiedy masz sukces, ale jeśli jesteś dla nich nikim, to nie napiliby się z tobą nawet drinka. Zarówno drobne i duże występki. Cień jest zmęczony otaczającą go rzeczywistością.
“Ludzie nie zasługują na własną wolę. Lepiej by było dla świata, gdyby byli warzywami wykonującymi proste polecenia. Świat nie stanąłby w miejscu, gdybyśmy pozbyli się tych ‘non-essential people’.“
To były świetne spotkania. Michał Oleszczyk to chodząca encyklopedia. Od razu podał mi listę
świetnych referencji. Moja głowa otworzyła się na sci-fi. Na nowo zagrzebałem się w Phillipie Dicku, filmach o innych stanach świadomości. Niektóre filmy z listy są sprzed 100 lat! To było naprawdę super – mam teraz co czytać i oglądać na parę miesięcy. Dostałem też, wymierzone z chirurgiczną precyzją, uwagi i konstruktywne wskazówki nad czym pracować. To naprawdę niesamowite jak wiele energii można wynieść z takiego spotkania. Jestem bardzo wdzięczny.
Faktycznie, można odnieść takie wrażenie! Jednak siłą tego projektu jest to, że “moc” Cienia nie opiera się właśnie na żadnych efektach specjalnych.
Weźmy taką scenę – jesteśmy w sklepie i kasjer zaczyna wyzywać Maćka, szarpią się. Cięcie i widzimy świat z perspektywy policjanta – okazuje się, że w jego oczach kasjer to zupełnie inna osoba niż ta
którą widzi Maciek.
Innym razem może to wyglądać jak schizofrenia. Maciek rozmawia z kimś w autobusie. Cięcie. Z
zewnątrz widzimy, jak Maciek mówi sam do siebie w autobusie. Ten prosty zabieg pozwala na poprowadzenie bardzo ciekawej psychologicznej opowieści i gry z widzem na temat tego co jest realne a co nie. Pisanie tych scen to zresztą prawdziwa przyjemność…
Jestem wielką fanką kina gatunkowego. Bardzo lubię też mieszanie ze sobą różnych
konwencji. Chciałabym aby mój film był klimatem zbliżony do “Get Out/ Uciekaj” Jordana
Peele’a, czyli połączenia horroru, thrillera i czarnej komedii. To film, który dość długo się
rozkręca, aby na koniec dojść do krwawego i zaskakującego finału.
Jedną z moich referencji jest również brytyjski film “Eden Lake” Jamesa Watkinsa. Akcja
obu tych filmów, tak jak i mojego projektu rozgrywa się w ograniczonej przestrzeni w
ciągu kilkudziesięciu godzin.
Wielu ludziom, zwłaszcza mieszkańcom dużych miast Suwalszczyzna kojarzy się
mieszczuchom z rodzajem końca znanego świata. To“polski biegun zimna”, najdalsze
miejsce do którego można pojechać. Do pewnego stopnia region nie zadeptany przez
turystów, tajemniczy i dziewiczy. Małe wsie się wyludniają, przyjezdni pojawiają się tylko
w weekendy. To jedno z niewielu miejsc, gdzie można poczuć się naprawdę samotnym.
Chciałabym aby przyroda, klimat Suwalszczyzny, owo osamotnienie było pełnoprawnym
bohaterem opowieści. Prawdziwa ciemność, brak latarni ulicznych, rozrzucone po polach
opuszczone chałupy. Do najbliższych sąsiadów dzieli nas czasem kilka kilometrów. A
jednocześnie na plecach czuć już oddech cywilizacji. Wszystko się zmienia, choć
Suwalszczyzna jeszcze się broni swoim brakiem zasięgu w telefonach i trudnymi do
przejechania drogami.
Od początku w rolach głównych widziałam dwójkę konkretnych aktorów- Olgę Frycz i
Piotra Polaka. Jedno i drugie wygląda tak, jakby potrafiło skrywać w sobie jakąś
tajemnicę. Choć muszę przyznać, że po tym jak scenę przeczytali Piotr Żurawski i Marta
Ścisłowicz, to oni również pasują wspaniale do tych ról. Jeżeli chodzi o rolę młodych
autostopowiczów, to widziałabym w nich na przykład Marcela Sabata lub Tomasza Ziętka
i Agatę Koszulińską lub Zosię Domalik.
Inspiracja popłynęła z tak prozaicznego wydarzenia, jak pojawienie się kasy fiskalnej w moim gabinecie psychologicznym. Proszę wyobrazić sobie jak po zakończeniu emocjonalnej sesji dotykającej intymnego życia klienta, zadaję pytanie rodem z sieciowego sklepu: „płaci Pan kartą czy gotówką?” albo, gdy okazuje się, że osoba uzależniona od hazardu informuje mnie przy terminalu, że nie ma środków na karcie lub w kulminacyjnym momencie spotkania, w którym klient odkrywa bolesną prawdę o swoim życiu kasa fiskalna zaczyna wydawać dźwięk informujący o kończącym się papierze drukującym, rozpraszając nagromadzone emocje…. Zestawienie w jednym czasie i miejscu ról psychologa i sprzedawcy zrodziło komiczne sytuacje, które uruchomiły u mnie myślenie, a co by było, gdyby… zderzyć ze sobą kilku bohaterów, którzy nie powinni się znaleźć w jednym miejscu i w jednym czasie? Jakie komiczne konsekwencje wywołałby taki konflikt, zwłaszcza, jeśli rozgrywa się w tak poważnym miejscu, jak gabinet psychologiczny? Potem ruszył proces myślowy, pojawiły się postacie i perypetie, gabinet psychologiczny zamieniłem na gabinet psychiatry seksuologa, aby spiętrzyć komiczne okoliczności, dodałem zdeterminowaną kontrolerkę podatkową, ścigającą specjalistów, którzy potencjalnie chcą oszukać fiskusa i historia zaczęła pisać się sama wokół iluzji kontroli, którą chcemy zbudować poczucie bezpieczeństwa w życiu i obniżyć poziom lęku, że coś może nas zaskoczyć i potoczyć się poza naszym wpływem.
Pierwotnie zamysł był taki, aby cała historia zamknęła się w jednej lokacji, ale w procesie pracy nad tekstem okazało się, że dodanie kilku lokacji napędza historię i spiętrza problemy, które dają komediowy potencjał. Pomimo wyjścia z gabinetu, historia zamyka się w kilku lokacjach, co może mieć wpływ na potencjalną oszczędność produkcyjną. Wychodzę z gabinetu do willi, w której dzieje się akcja, na ulicę przed budynkiem i jeszcze do kilku kameralnych lokacji we wnętrzach, kumulując konflikty między postaciami na relatywnie małej przestrzeni. Ten zabieg daje w moim odczuciu spore komediowe możliwości w scenariuszu, przy jednoczesnym zachowaniu kameralności całej opowieści.
Początkowo jak na psychologa przystało, chciałem zapisać temat psychologicznej iluzji kontroli w gatunku dramatu psychologicznego, aż pewnego dnia wysłuchałem w radio rozmowy z Janem Komasą, który opowiadał czego nauczył się od swojego ojca Wiesława Komasy na temat form i gatunków filmowych: „opowiadaj dramat przez komedię”. To zdanie było tym czego potrzebowałem. Brakującym elementem pozwalającym zbudować przepis na tę opowieść. Doszedłem do wniosku, że zderzenie bohaterów w konflikcie, dodanie tykającego zegara i wykreowanie okoliczności, które ich zaskakują oraz wytrącają kontrolę będzie ciekawszym zabiegiem, który wywoła zainteresowanie widza tematem. „Control” jako komedia pomyłek zbudowana jest na humorze dialogowym, sytuacyjnym i postaci. Dlatego może bawić i jednocześnie nieść ze sobą psychologiczne przesłanie czerpania radości z życia, w miejsce karmienia się lękiem o wszystko. Mam też poczucie, że kino gatunkowe w Polsce, które w lekki i rozrywkowy sposób podejmuje poważne tematy, to kierunek scenariuszowy, który chcę rozwijać w swojej pracy twórczej.
ARTUR DORSKI, neurochirurg, ma niebawem zostać ordynatorem prestiżowej warszawskiej kliniki oraz stanąć na czele międzynarodowego zespołu badawczego. Jego sukcesów zazdrości mu przyjaciel z dzieciństwa, też neurochirurg, Robert Jankowski. Robert jest sprytnym manipulantem z psychopatyczną osobowością i nieco teatralnym sposobem bycia. Wybiera HIV, a nie inną chorobę, by zarazić Artura, bo liczy, że za jego plecami rozpęta medialną nagonkę, przedstawiając fałszywe fakty i wykorzysta, niestety, nietolerancję polskiego społeczeństwa wobec osób będących nosicielami HIV. Udaje mu się. Sprzyja mu los, bo Artur, tuż po poznaniu prawdy, powoduje wypadek, jest ranny, krwawi z ust, ale mimo wszystko reanimuje młodą kobietę w ciąży i zakaża ją. Zgodnie z artykułem 161 Kodeksu Karnego, który mówi, że kto wiedząc, że jest zarażony wirusem HIV, naraża bezpośrednio inną osobę na takie zarażenie, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat. Artur dostaje wyrok w zawieszeniu, ale jest też pozbawiony prawa do wykonywania zawodu – mimo, że polskie prawodawstwo dopuszcza chirurgów, będących nosicielami HIV, do stołu operacyjnego, z zaznaczeniem, że podjęli skuteczne leczenie.
Nazwałam swojego protagonistę intuicyjnym neurochirurgiem, bo to dość częste określenie lekarzy, którzy są wybitnymi fachowcami w swojej dziedzinie. Chodzi o to, że przeczucie, czyli intuicja lub wyobraźnia łączą się u nich z głęboką wiedzą diagnostyczną. Potrafią kojarzyć różne nietypowe objawy na zasadzie pewnego rodzaju olśnień i nie boją się eksperymentów. Artur jest trochę takim drem HOUSEM, tylko z inną osobowością. Odziedziczył to po matce, wiejskiej znachorce.
Artur, po spowodowaniu wypadku i zakażeniu młodej kobiety HIV, pozbawiony prawa do wykonywania zawodu i z sądowym wyrokiem w zawieszeniu, nie chce już tradycyjnie operować. W scenariuszu, przed feralnym zdarzeniem, pojawiają się wątki jego współpracy ze szwedzkimi naukowcami, którzy pracują nad stworzeniem inteligentnych robotów, czyli neurochirurgicznych manipulatorów sterowanych ręką lekarza. Artur, który nie może pozbyć się traumy, wybiera właśnie taką drogę. Po wyjściu z więzienia operuje w taki sposób. Korzysta z techniki, żeby pomagać chorym, czyli realizuje się jako lekarz z powołania, którym zawsze był. Technika w służbie sumienia i wierności swoim przekonaniom.
Napisałem dwa dziewięćdziesięciominutowe odcinki oraz połowę trzeciego, który również będzie dziewięćdziesięciominutowym. Wszystko w formacie.
W pierwszym sezonie otwieram cztery furtki dla tematów, które będą paliwem w drugim sezonie. (1) Działalność firmy lobbystycznej, (2) śledztwo policji w sprawie kończącej pierwszy sezon, (3) zwarcia przy okazji nowych interesów, prowadzonych przez bohaterów oraz (4) algorytm wpływu społecznego trafiający z rąk do rąk.
„Wściekłe Psy” Quentina Tarantino, „Porachunki” Guya Ritchie, seriale „Billions”, „Pakt” i „Układ” oraz moje własne doświadczenia związane z poprzednim życiem zawodowym (próba agresywnego przejęcia spółki i obrona przed tym, jest moim osobistym doświadczeniem). Przedstawiony mechanizm medialnej burzy antyLBGT – wywołany, by ukryć korzyści z inwestycji w hodowlę zwierząt futerkowych jest oparty na faktach.
Podzielę się z wami moją obserwacją.
Czy wiecie kto podejmuje najważniejsze decyzje w wojsku? Wiecie?…
Oczywiście Minister Obrony Narodowej.
Ministrem nie może być żołnierz. To musi być cywil.
Dlaczego? Wyobraźcie sobie, że wojsko jest wściekłym pitbullem, a minister obrony narodowej jest kagańcem.
Wojsko jest stworzone do agresji i trzeba je kontrolować.
Nikt przecież nie chce spotkać pitbulla, który ma założonego na pysk innego psa.
Jeden z nich byłby z pewnością bardzo wściekły…
Przed moją siedemnastoletnią służbą wojskową, byłem złotnikiem-jubilerem, robiłem tatuaże i pracowałem w sklepie spożywczym. Wierzę, że dzięki temu mogę na wojsko spojrzeć zarówno z wewnątrz jak i z zewnątrz i zauważyć kontrasty, które wykorzystam do rozśmieszenia widza. Jak zrobiłem to przed chwilą.
Jako żołnierz zawodowy przez wiele lat utożsamiałem się z wojskiem. Pisząc scenariusz obawiałem się, że ośmieszając wojsko ośmieszę samego siebie.
Dzięki mojej konsultantce Karolinie Warpachowicz odważyłem się na pokazanie wojska w krzywym zwierciadle. Wiem już, że w komedii najlepiej zacząć od rozprawienia się z samym sobą.
Dodatkowo mój mentor, pani Kinga Dębska zwróciła mi uwagę na moje postaci kobiece. Nasze spotkanie w kawiarni zasługuje na swój własny scenariusz. Po burzliwej rozmowie przerobiłem drabinkę, aby nadać kobietom w moim filmie więcej wymiarów. Następnie uświadomiłem sobie, że piszę komedię i wróciłem do poprzedniej wersji…. Oczywiście żartuję.
Obecnie mam pierwszą, surową wersję scenariusza.
Szukam producenta, który razem ze mną doprowadzi projekt Będzie Krowa Będzie Rozmowa do końca.
Jednak docelowo chcę zostać członkiem zespołu scenariuszowego, i uczyć się jak pisać seriale komediowe.
Moim marzeniem jest stworzyć polskich PRZYJACIÓŁ, ale RACHEL i ROSS nie muszą mieć stopni wojskowych.
Dzięki poradzie od mojej mentorki Olgi Chajdas i dzięki metodzie w StoryLab.pro główną część
mojego researchu stanowiły spotkania z hakerami-programistami, wykładowcami i dziennikarzami zajmującymi się tematem cyberbezpieczeństwa, a także z początkującymi prawnikami,
prokuratorami specjalizującymi się w temacie cyberprzestępczości.
Największym odkryciem tego researchu jest polska kultura hackerska, wizyta w krakowskim
Hakerspace. Dzięki tym rozmowom uświadomiłam sobie jak bardzo słowo „hacker”, jest przeinaczone przez media, Hollywood i świadomość społeczną.
Hacker nie jest człowiekiem w czarnym kapturze z łomem, który samotnie walczy z CIA,
a Hackerspace nie działa jak meksykański kartel. Haker to pierwsza osoba, która oburzy się na
stwierdzenie, że może przecież sobie nielegalnie ściągnąć jakiś film. Haker to ktoś, dla kogo
technologia nie jest przezroczysta, kto umie zrobić coś w sprytny, innowacyjny sposób, kto jest ciekawy świata. Sergiusz (jeden z założycieli Warszawskiego Hakerspace’u) mówi tak: „Komputery widać wszędzie, np. na urządzeniu typu I-pod starasz się uruchomić Dooma, żeby pokazać, że
dowolna elektronika, którą masz to komputer, na którym możesz wgrać swoje własne
oprogramowanie nawet bez wiedzy producenta”.
Piękno kryje się w komputerach, w maszynach, w logach i kodach, a podstawą etyki hakerów jest
dzielenie się wiedzą, również o technologii. Wbrew stereotypowi informatyka-nerda zamkniętegona świat i ludzi spotkałam wielu pasjonatów, którzy podzielili się ze mną swoim doświadczeniem.
Pewnego rodzaju przekora, po przeczytaniu książki Darknet Elieen Ormsby, stwierdziłam, że na pewno nie będą się zajmować tematem pedofilii. Temat do mnie wrócił po przeczytaniu
autobiografii Kevina Mitnicka, słynnego programisty, który jest pierwowzorem dla jednej z moich postaci. Autor w książce w jednym zdaniu załatwia temat bycia molestowanym przez ojczyma – i stwierdziłam: „skoro ty o tym nie mówisz, to ja o tym powiem”.
Przesłaniem mojego serialu jest takie: to przed czym najbardziej uciekasz, dopadnie cię
ze zdwojoną siłą. Dlatego postanowiłam zanurzyć się w ten mrok.
Zawsze jak oglądam reportaże z dzieciakami z sierocińców, których nikt nie chciał, którzy są
odrzuceni przez najbliższych i w dodatku głęboko skrzywdzeni, widzę w ich oczach pustkę, ktoś im odebrał wszystko: dzieciństwo, marzenia, plany. Jest im wszystko jedno, ich wewnętrzny człowiek jest pęknięty w środku – to najgorszy wyrok.
Dotykanie tematów tabu i zaglądanie w najmroczniejsze miejsca, jest obowiązkiem twórców.
Zależało mi też na pokazaniu złożoności problemu: często pedofile to ludzie molestowani
i maltretowani jako dzieci, a jako dorośli sami stają się oprawcami, poszerzając tym samym kręgi zła, złego dotyku. Dynamika kata i ofiary jest, więc bardzo zmienna.
Łatwo jest okrzyknąć kogoś bestią, bez zastanowienia czy przypadkiem społeczeństwo tej bestii nie „wyprodukowało” w pewien sposób, poprzez milczenie; ignorancję, dlatego, że to Polska, a tu jak wiadomo odwraca się oczy.
I tutaj warto wrócić do historii Modelarskiego Klubu Kolejowego z Uniwersytetu Massachusetts
Institute of Technology w latach 60. i pierwotnego znaczenia słowa hack: czyli rozpracować coś w sprytny sposób (w dużym uproszczeniu). Hack też wiązał się z pomysłowym żartem, który jednak nie był szkodliwy.
Porównanie wzięło się stąd, że komputery są w jakiś sposób podobne do naszych mózgów,
a przynajmniej są tak mądre, jak ludzie, którzy je składali.
Czyli przestępca chce rozpracować sposób myślenia głównej bohaterki i jak przystało na czarny kapelusz, chce znaleźć jej „podatności”, „luki systemowe”, czyli słabe punkty. Przyznaję
to porównanie bazuje na czarnej legendzie hackerów i część mnie się za to wstydzi.
Gdy znamy czyjeś słabe punkty i obsesje, manipulacja jest już całkiem łatwa: wystarczy zasiać ziarno niepewności czy poczucia winy, które jak wirus mogą zniszczyć czyjś system nerwowy.
W tej metaforze zawiera się też przekonanie, że każdy z nas ma w sobie Wirusa i Antywirusa.
Chorobę i lekarstwo.
Engram to ślad pamięciowy. Wszystko czego doświadczamy pozostawia ślad w
człowieku. Dzięki engramom odtwarzamy nasze wspomnienia. Poprzez przeplatanie się teraźniejszości z przeszłością, pokazujemy, że każdy pamięta inaczej wydarzenia na mazurach. Pamięć ludzka jest zwodnicza.
Od ponad dziesięciu lat pracujemy jako montażyści filmowo-telewizyjni. Wspólnie napisaliśmy scenariusz do thrillera psychologicznego pt. „Rozłam”, który również wyreżyserowaliśmy i zmontowaliśmy. „Rozłam” został wyprodukowany w koprodukcji z TVP. Właśnie rozpoczął drogę festiwalową.
Jesteśmy współtwórcami scenariusza i reżyserami wstawek fabularnych w
audiowizualnym widowisku z okazji 100 lecia Bitwy Warszawskiej.
Realizujemy i montujemy własne reportaże, filmy krótkometrażowe, dokumenty oraz programy telewizyjne. Nasz scenariusz do filmu fabularnego pt. „Drybling” zdobył II miejsce w konkursie Bahama Films. Obecnie jesteśmy w trakcie realizacji dokumentu pt. „Wyzwanie 90 dni”, produkcja TVP. Absolwenci Wyższej Szkoły Sztuki i Projektowania w Łodzi oraz Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie.
„Lokator” reż. Roman Polański, „Funny Games” reż. Michael Haneke, „Czarownica: Bajka Ludowa z Nowej Anglii” reż. Robert Eggers, „Wielkie
Kłamstewka” Produkcja HBO, „Antychryst” reż. Lars von Trier.
Gdy słyszymy słowo “gwałt”- robi się ciężko i ponuro. Dlatego podałam jako film referencyjny „Thelma i Louise”. Chodziło mi o uchwycenie i pokazanaie, że bardzo często mocne uderzenie
od losu ma w konsekwencji dobry wpływ na nasze życie. Przynosi zmianę, wyszarpuje nas z objęć przyzwyczajeń i strefy komfortu. Choć moja bohaterka przed niczym nie ucieka jak Thelma i Louise, zmaga się z podobnym im rozczarowaniem życiem. Karolina żyje w dostatku i samotności. Można by powiedzieć że ma świetne życie. Karolina „przesadza” i „wymyśla”, ale jednak coś ją uwiera. Dlatego nie zdecydowała się na dzieci z Piotrem. Nie chciała tego związku scementować. Zostawiła sobie uchyloną furtkę. Ze spokojnej i jakby uśpionej kobiety, która boi się marzyć, przeistoczy się w wojowniczkę, kobietę zdolną do nieobliczalnych zachowań. Po to by wyrazić siebie, wykrzyczeć swój ból, uspokoić się i poczuć się wolną.
To historia oparta na faktach. Nie miałam jednak możliwości porozmawiać z prawdziwym gwałcicielem czyli filmowym Tomkiem. Musiałam go stworzyć. Wiedziałam tylko, że przyznał
się do winy. I wtedy poznałam kogoś, kto mi podpowiedział rozwiązanie. Tomek też jest ofiarą. Też jest człowiekiem, który potrzebuje akceptacji i miłości, której nie dostaje od swojej żony. Przez chwilę dostaje to od Karoliny i tak bardzo tego potrzebuje, że zapomina się. Nie tłumaczę Tomka, ale spróbowałam go zrozumieć i dałam mu możliwość obrony w tej historii. Tomek ma sumienie.
Pisałam ten projekt jako reżyserka i aktorka ,w tej kolejności. Bardzo mi zależy na tym filmie i jestem otwarta na propozycje. Zwracam się też do reżyserów, którym pasuje taki rodzaj kina, żeby się odzywali. Jestem otwarta na różne opcje współpracy.
Nasi bohaterowie od początku są w napiętej sytuacji – kancelaria którą współtworzą rozpadła się i choć utrzymują się na powierzchni, to nikt z nich nie wie jak długo się to uda. Dla Piotra stawką jest nie tylko jego finansowa przyszłość, ale również jego zawodowa reputacja. Prawniczki, które przy nim zostały są lojalne, tak jak Łucja i Agnieszka lub nie widzą innych perspektyw – tak jak Maria. Poza pracą Łucję i Piotra łączy romans, choć to Łucja jest bardziej zaangażowana w ten związek i liczy, że po rozwodzie będzie następną partnerką życiową Piotra. Z kolei Agnieszka, prywatnie nie lubiąca Łucji, liczy na docenienie przez swojego mentora, a wolny fotel Wiceprezes wydaje się odpowiednim trofeum. Maria jest rozdarta między byciem matką i żoną, a pracą. Przez pryzmat środowiska prawniczego, chcemy pokazać przekrój osobowości, które ponad wszystko cenią raz obrany cel. Stawiają go ponad relacje, rodzinę, zdrowie, czasem też siebie i ponoszą związane z tym konsekwencje.
Od początku zamknięcie bohaterów w małej przestrzeni, kojarzyło nam się ze sztuką teatralną, dlatego ważnymi referencjami dla nas są filmy „Glengarry Glen Ross” w reż. Jamesa Foley oraz „Rzeź” Romana Polańskiego. Z ważnych dla nas, niekoniecznie filmowych referencji, jest serial „Mad Men”, którego pomysłodawcą jest Matthew Weiner. Ten serial, tak jak i nasz projekt, poprzez pokazanie środowiska biurowego opowiada o uniwersalnych ludzkich relacjach i pragnieniach.
Na dzień dzisiejszy projekt mamy zamknięty na etapie treatmentu i planujemy do końca sierpnia zamknąć II draft scenariusza. Naszym pierwotnym założeniem było pisanie scenariusza pod projekt fabularnego filmu mikrobudżetowego, ale w naszej ocenie historia ma również potencjał, aby rozpisać ją w mini serial.
Wybrałam ten pomysł właśnie ze względu kwestie budżetowe. To historia, która dzieje się cały czas w jednym domu. Ania, główna bohaterka jest w każdej scenie i w połowie filmu to ona jedna gra sceny z podsłuchami. Ewa – główna antagonistka – jest tylko głosem, złym duchem. Oparłam się na nowych technologiach i aplikacjach szpiegowskich, aby pokazać równoległy świat jej męża i jego kochanki. Takie aplikacje dają możliwości podsłuchu w czasie rzeczywistym, zdalne włączanie kamery w telefonie i przeglądanie jego zawartości. Realizacja powinna się więc idealnie wpasować w niskobudżetowe możliwości.
Z przyjemnością podjęłabym się rozpisania tego pomysłu na 4-5 odcinkowy serial.
Inspiracją była prawdziwa historia żony i matki. Referencją filmową były właściwie 3 pozycje. Pierwsza – opierający się na grze jednego aktora film „Lock”, czy „Winni”. W nastoju chciałam oddać dwa klimaty – „Tully” z jej trudami macierzyństwa, ale też „Fatalne zauroczenie” z emocjami niespodziewanej, pozamałżeńskiej niewierności.
Osobiście dotykała mnie ta historia. Najtrudniejsze było zbudowanie głównej bohaterki. Ania to kobieta zdradzana, która walczy o godność. Jest w krytycznym momencie podjęcia decyzji – być oszukiwaną i niekochaną żoną, czy zawalczyć o siebie i dzieci. Powszechny schemat kobiety godzącej się żyć za fasadą sukcesu, w rzeczywistości napędzany jest strachem „czy sobie sama poradzę z dziećmi”. Kobiety nie walczą o prawdę i miłość, aby nie przeżywać odtrącenia, też społecznego. W przypadku Ani, to też pytanie czy ryzykować swój status, aby pokazać nastoletniej córce swoją kobiecą niezależność. Ania w tym filmie przebywa drogę od naiwnej wiary do poczucia siły, drogę odrzucenia ciążących jej schematów.
Wplecenie w historię autentycznych bohaterów i epizodów ma kilka celów. Najistotniejszym jest zwrócenie uwagi na historyczne paradoksy, kulturowe wyłomy i dwuznaczności okresu 2WŚ. Jest tego w scenariuszu sporo. Część pojawia się w bardzo subtelny sposób, część bardziej wyraziście, niektóre determinują fabułę.
Jeśli chodzi o historyczne postaci to już na początku aktu drugiego pojawia się postać Leni Riefenstahl, która brała udział w hitlerowskim Blitzkriegu w roli reżyserki filmu propagandowego i tym samym zawitała we wrześniu 1939 na Mazowsze. Pomylałem, że jej spotkanie z 10-letnią, zachłyśniętą kinem główną bohaterką Ofelią, jest nieuniknione. Tuż przed Riefenstahl pojawia się Maksymilian Kolbe w swej mniej znanej odsłonie – jako niedoszły twórca wytwórni filmowej w Niepokalanowie oraz wynalazca rakiety kosmicznej, ale przede wszystkim jako człowiek rozdarty pomiędzy antysemityzmem w jaki popadł, a aktem na który zdobędzie się przyszłości. Wątek obecności kobiet w Armii Czerwonej reprezentują radzieckie snajperki (Ludmiła Pawliczenko), a niemieckich dezerterów z Wehrmachtu słynny pacyfistyczny olbrzym Manfred Zanker, który też miał swoje perypetie na terenach okupowanej Polski. Jako najbrutalniejszy antagonista przywołany jest nigdy nie ukarany zbrodniarz Wilhelm Koppe, którego główna bohaterka brawurowo uśmierca, choć w rzeczywistości człowiek ten po wojnie z powodzeniem prowadził fabryką czekolady w RFN.
Jeśli chodzi o same epizody, najbardziej wyrazistą anomalią jest popularność utworu „Bei Mir bist du Shejn” – mega-przeboju z żydowskiego musicalu, który niepodziewanie stał się szlagierem w 3 Rzeszy. Wscenariuszu śpiewany jest i po niemiecku i po angielsku i w swej oryginalnej wersji w jidysz, a także zostaje odgwizdany nad uchem konającego Wilhelma Koppe przez ukrywającego się u bohaterek żydowskiego Krawca (który nie potrafi szyć) . Mamy też słynną przebieranki żołnierzy Wehrmachtu w kobiece stroje, które były podświadomym lecz bardzo popularnym sposobem rzuconych na front żołnierzy na ucieczkę od codziennej męskości wojny.
Tych epizodów i wtrętów jest wszytych w ten scenariusz dużo więcej.
Po pierwsze – istnieje wieś Piasecznica i leży równo w połowie drogi między byłym Stetl Sochaczew (niewiele tam zostało śladów żydowskiej kultury) a największym katolickim klasztorem w Europie, Niepokalanowem. I w tej wsi mieszkała podczas wojny moja babcia. I mieszka tam do dziś. Ma 95 lat i trzyma się świetnie, choć niestety dwa miesiące temu straciła wzrok.
Po drugie – sama Babcia uważa, że wojny jako takiej u nich nie było, ale z jej relacji wyłania się zgoła odmienny obraz. Wygląda na to iż mimo, że żyła w tym czasie stosunkowo spokojnym życiem, w jej najbliższym otoczeniu pojawiły się sytuacje związane z niemal wszystkim co można było podczas wojny doświadczyć. Cała opowieść i postawa mojej babci skłania mnie do refleksji nad tym czy pojęcia peryferie wojny, ale też peryferie Holocaustu w ogóle się bronią. Wojna, gdy już w jakimś regionie wybucha, jest wszechobecna, dotyka każdego, w taki czy inny sposób. Ja chcę opowiedzieć – w przewrotny sposób – jak jeszcze mogła dotknąć i co wywołać.
Po trzecie – cała masa scen i postaci, które zaistniały w scenariuszu ma swoje korzenie w autentycznych zdarzeniach przekazanych mi przez babcię (w scenariuszu: 10-letnia Ofelia). Czy to żydowska dziewczyna (w scenariuszu: Ryfka), która wyrusza dobrowolnie na roboty do Niemiec za siostrę mojej babci (w scenariuszu: Sabinę), czy to samolot Luftwaffe, który spada prosto na gruszę, pod którą dniami i nocami przesiadywała moja babcia z siostrą, czy krążący od domu do domu Żyd, którego nazywano Krawiec (w scenariuszu: Krawiec), czy przygarnięcie kobiet, które uciekły z Warszawy podczas Powstania, czy wizyty wszelkich zmilitaryzowanych oddziałów (Wehrmacht, Armia Czerwona, Partyzanci), które musiano „gościć”, czy też to, że babcia namiętnie uczyła się niemieckiego, Granatowa Policja sprawdzała czy nie ukrywają w studni mleka, a partyzanci wysadzali w okolicy niemieckie pociągi…
Po czwarte – moja Babcia nie zdając sobie sprawy z tego, że trzy tygodnie później utraci wzrok, jedną z ostatnich rzeczy, które zrobiła widząc, było rozrysowanie przy użyciu długopisu i kartki, dosyć dokładnego szkicu całego gospodarstwa z tamtych lat. Ten plan leżał obok mnie cały czas podczas budowania tej historii i jeśli film zostanie kiedyś zrealizowany to oryginalny szkic babci powinien stanowić załącznik do scenariusza, aby przy sporej ilości bohaterów i ich wyrafinowanych przecięć, nie pogubić się w zakamarkach jednej złożonej lokacji;
Gdybym miał narysować mapę referencyjną scenariusza „Wyzwolenie” to byłby to kwadrat, którego narożniki stanowiłyby filmy „Sami Swoi”, „Bękarty Wojny”, „Przeminęło z Wiatrem” oraz… tak, tak… „Kevin sam w domu”. A pośrodku kwadratu znajdowałby się tytuł „Jojo Rabbit”. Dwa zdania do każdej referencji.
„Kevin sam w domu” jest referencją ze względu na analogię sytuacji protagonisty (też dziecka), które zostaje same w domu i zmaga się z namolnymi, niebezpiecznymi gośćmi i rozwiązuje sytuację w swój autorski sposób, sięgając głównie do swojej brawurowej dziecięcej wyobraźni.
„Przeminęło z Wiatrem’ – kontrowersyjny film, który poza tym, że stał się celuloidowym pomnikiem postkolonialnego rasizmu był też opowieścią o kobiecie w czasach, w których mężczyźni zajęli się wojną, a ona miała okazję wyjść ze swojej dotychczasowej roli. Moje bohaterki są grupową Scarlett O’hara, choć zabierają się do rzeczy nieco inaczej, rzekłbym: dużo, dużo sprawniej! W tym sensie parafrazującym tytułem dla mojego scenariusza jest tytuł „Poszły pod wiatr”…
„Sami Swoi” jest referencją ze względu na plan filmowy – gospodarstwo, które staje się areną zdarzeń. Podobnie jak Andrzej Mularczyk wykorzystuję każdy zaułek tej lokacji – od kuchni przez stodołę aż po wychodek…
„Bękarty Wojny” to dosyć złożona referencja. Pewnie dlatego, że to jeden z moich ulubionych filmów. Scenariusz „Wyzwolenie” łączy z Bękartami na pewno czas wojny, ale też postawienie ofiar w roli tych, którzy/które przejmują inicjatywę i zaczynają dyktować własne reguły gry. Jednocześnie zaczerpnąłem z Bękartów epizodyczną strukturę opowiadania, po to by przeprowadzić moją historię przez całą 2WŚ. Wreszcie, celuję też w wyrafinowany poziom humoru, choć zdaję sobie sprawę jak wysoko wisi poprzeczka.
Natomiast stojący centralnie „Jojo Rabbit” zaskoczył mnie w trakcie pracy nad „Wyzwoleniem”. Na początku pisząc ten scenariusz umiejscawiałem jego atmosferę w połowie drogi między „Sami Swoi” a „Bękartami Wojny”, ale gdy w lutym obejrzałem „Jojo Rabbit”, uświadomiłem sobie, że wpadłem na podobny pomysł co Taika Waikiki: opowiedzenia o wojnie z całym jej dramatyzmem, ale jednocześnie na wiariacko i na wesoło; mam wrażenie, że są momenty, gdy komediowość „Wyzwolenia” zbliża się do tej z „Jojo Rabbit”, choć bez wątpienia „Wyzwolenie” jest filmem dużo bardziej kameralnym, kobiecym i mazowieckim. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Pisząc od początku myśleliśmy o dopasowaniu historii do formatu mikrobudżetu i maksymalnym ograniczeniu liczby aktorów i lokacji. To, że mamy tylko dwie lokacje jest dużym atutem, który pozwoli ograniczyć koszty. W naszym zamyśle realizacyjnym w filmie wystąpi mieszanka improwizatorów komediowych i 2-3 rozpoznawalnych aktorów, pod których piszemy konkretne postacie.
Podstawowym źródłem humoru w filmie jest zderzenie oczekiwań głównej bohaterki – Olgi z rzeczywistością. Olga planuje ciepły, terapeutyczny wieczór w spokojnej aurze działki za miastem, na którym będzie mogła podzielić się z koleżankami wiadomością o swojej ciąży, a potem koleżanki otoczą ją swoją mądrością i uważnością. Niestety zorganizowany przez nią krąg okazuje się frekwencyjną i organizacyjną porażką, chaosem nad którym Olga przestaje panować, nikt jej nie słucha, a tego dnia musi się zmierzyć z rozpadem swojego małżeństwa.
Chcemy też zderzyć światy i wyobrażenia kobiet na kręgu na działce i facetów, którzy czekają na nie w pobliskim prowincjonalnym barze. Montaż pomiędzy tymi światami i ich zderzanie będzie miało silny efekt komediowy.
Jeśli chodzi o styl komedii chcemy wzorować się na takich serialach jak “Master of None”, “Fleabag”, czy niezależnych komediach amerykańskich, jak „Siostra twojej siostry”.
„Krąg kobiet” to autorski projekt, który wymyślamy razem z Kasią. Chcę zrealizować go w 2021 z przyjaciółmi z branży i sam go wyreżyserować. To bardzo fajne uczucie rozwijać projekt po swojemu i pozwolić sobie na twórcze ryzyko. Wychodzę z założenia, że 700.000 złotych to nie 10 milionów i można podjąć takie ryzyko, jeśli wszyscy wiedzą na co się umawiają.


Andrzej Gorgoń
Dyrektor Zarządzający
a.gorgon@storylab.pro
tel. 602 313 217